Wskaż Lidera Polskiej Chemii













Logo Chemical Online

Koniunktura w przemyśle chemicznym a.d. 2007

07.01.2008 18:52:25

W połowie lipca stowarzyszenie europejskich producentów chemicznych CEFIC opublikowało ocenę aktualnej koniunktury i prognozę na przyszły rok. Wypadła ona nieźle, nawet w sytuacji przeciągania obecnego wyżu koniunkturalnego, który trwa już od 2003 roku.

W roku 2006 dochód 27 państw Unii wzrósł o 3,0%, a produkcja sprzedana przemysłu chemicznego o 2,1%. Wskaźniki wyglądają znacznie lepiej, gdy skupimy się na wzroście gospodarczym krajów Europy Wschodniej (6,5%) albo połączymy dane chemikaliów ze środkami farmaceutycznymi (3,8%, wzrost farmacji wyniósł aż 8,1%).

Koniunktura gospodarcza w świecie
Na lata 2007-8 Komisja Europejska przewidziała wzrost gospodarczy 2,7%, a CEFIC tak samo wycenił wzrost produkcji chemicznej w bieżącym roku, na rok 2008 przewidując 2,3%. Doliczenie środków farmakologicznych podniesie te wzrosty tylko do 3,3 i 2,9%, ze względu na obniżenie dynamiki przemysłu farmaceutycznego (5,0 i 4,5%). Wzrost gospodarczy Europy Wschodniej też osłabnie do 5,6% w roku 2007 i 4,9% w 2008. Poza niewątpliwym słabnięciem koniunktury światowej (w krajach bogatych największe były wzrosty roku 2004) i zbliżaniem się cyklicznej recesji (prawdopodobnie koniec dekady) najważniejsze w dynamice rozwojowej Unii jest powolne gaśnięcie impulsu rozwojowego wywołanego kolejnymi poszerzeniami. Europa wydaje się wracać na swoje miejsce w gospodarce światowej: powolny, ale pewny rozwój w granicach 1-2%. Tak właśnie rozwija się kwitnąca i stabilna gospodarka japońska (2,2% w roku 2006 i po 2% w latach 2007-8). Porównanie z szybko rozwijającymi „pojawiającymi się” gospodarkami azjatyckimi wypada wręcz fatalnie; ich tempo rozwoju spadnie z 8 do 7,5% rocznie. Rynki tych krajów stwarzają gigantyczne możliwości rozwoju, ponieważ wchodzą one dopiero w epokę konsumeryzmu. Również kraje południowoamerykańskie przejawiają dawno tam nie widzianą aktywność gospodarczą. CEFIC przewiduje w nich rozwój na 5,8 i 4,9% (rok 2008).
Nie tak dawna lokomotywa gospodarki światowej, Ameryka Północna, wykazuje aktualny i przewidywany wzrost gospodarczy poniżej aktualnej i prognozowanej średniej światowej (3,4, 2,3 i 2,9% wobec 4,0, 3,4 i 3,5%). Widzę dwie przyczyny tej stagnacji. Po pierwsze, gigantyczne wydatki na wojnę w Iraku nie trafiają do przemysłu produkującego sprzęt i uzbrojenie, lecz na ogół do firm dostarczających wojsku paliwo, żywność i rozrywki (dzienne utrzymanie żołnierza amerykańskiego kosztuje więcej, niż roczny przychód przeciętnego Irakijczyka), a to nie napędza produkcyjnego sektora amerykańskiej gospodarki. Sytuacja taka nie przytrafiła się od ponad 100 lat. Po drugie, rynek surowców rozwija się wolniej, niż zapotrzebowanie na nie, a gospodarka amerykańska jest wyjątkowo surowcochłonna. Musi konkurować o ropę, gaz ziemny, rudy i wiele innych surowców produkcji materialnej ze znacznie sprawniejszymi gospodarkami azjatyckimi i nie wygrywa tej rywalizacji. Oznacza to przenoszenie się mocy wytwórczych do najsprawniejszych konkurencyjnie regionów świata. Proces ten odbywa się również w Unii Europejskiej, jednak w łagodnej formie. Na razie miliony pracowników z krajów biednych przenoszą się do zakładów pracy krajów bogatych (bo bardziej konkurencyjnych), a w ich ojczyznach czołowe firmy zakładają nowe zakłady produkcyjne. Na razie są to głównie montownie, ale powoli tworzona będzie wysoce konkurencyjna infrastruktura przemysłowa i powstawać będą zakłady z wszystkich części łańcucha wartości dodanej. Już obecnie niektóre fabryki firm azjatyckich wykonują wyroby gotowe z podstawowych surowców, a nie gotowych podzespołów.
Po „azjatyckich tygrysach” kolejną grupę państw szybko się rozwijających z perspektywą doścignięcia światowej czołówki gospodarczej (z „tygrysów” udało się to całkowicie Singapurowi, Hong-Kongowi i Tajwanowi, częściowo Korei Płd.), są kraje BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny). Oprócz szybkiego wzrostu gospodarczego mają one okresowo nadwyżki budżetowe.
Chiny, które hamując gospodarkę mają ok. 10% wzrostu, osiągnęły tak gigantyczną nadwyżkę płatniczą, że zagraniczni doradcy nie mogą się zdecydować, czy powinny drastycznie podnieść stopy procentowe dla zahamowania wzrostu, czy podnieść kurs swojej waluty dla obniżenia konkurencyjności. Rząd pod naciskiem partnerów handlowych realizuje obie recepty jednocześnie. Chiny są miejscem realizacji ok. 1/3 światowych inwestycji w przemyśle chemicznym. W pozostałych krajach BRIC rozwój produkcji chemikaliów też znacząco wyprzedza wzrost dochodu narodowego. Kraje te różnią się filozofią rozwoju. Chiny zwiększają produkcję by eksportować, co umożliwia im dość bezwzględna dyktatura polityczna (przyłapani na niedopełnianiu obowiązków lub łapownictwie urzędnicy są dość regularnie skazywani na śmierć), realizowana przez partię rządzącą. Rosja zdaje się iść w tym samym kierunku, ale wielomilionową partię zastępuje tam kliku oligarchów powiązanych z aparatem urzędniczym. Brazylia i Indie realizują w systemach demokratycznych programy zaspakajania stale rosnących potrzeb swoich społeczeństw i postępu cywilizacyjnego.
Od kilku lat coraz większe obawy wzbudza kierunek nadawany gospodarce amerykańskiej przez administrację republikańską. Czasy, w których „kichnięcie giełdy nowojorskiej powodowało katar światowej gospodarki” mamy już wprawdzie za sobą, ale jeszcze przed 6 laty rozwijająca się w tempie 5-6% rocznie gospodarka USA stymulowała zakupami i inwestycjami mniejsze gospodarki. Gospodarka chińska nie może przejąć roli „światowej lokomotywy”, bowiem nastawiona jest na eksport, europejska i japońska rozwijają się zbyt wolno. Przed 6 laty USA miały nadwyżkę budżetową i administracja centralna zdecydowała się na postulowane przez większość autorytetów ekonomicznych duże ulgi podatkowe, zwłaszcza dla podatników zamożniejszych. Głosy ostrzegające przed skutkami gospodarczymi i społecznymi takich działań ignorowano jako pozostające poza zakresem poprawności politycznej. Obecnie widać, że były one słuszne, a zwolennicy przyspieszonego bogacenia się nie mieli wyobraźni ani nie pamiętali nie tak dawnej prezydentury Busha seniora z jej „stagflacją”, czyli połączeniem maleńkiego przyrostu gospodarczego (stagnacja) z niedopuszczalnie wysoką inflacją. Ulgi podatkowe napędzają koniunkturę gospodarczą, ale nierówno. Ulgi dla biednych powodują wzrost popytu na dobra powszechnego użytku, w których wytwarzanie zaangażowana jest spora część gospodarki. Ulgi dla bogatych powodują wzrost popytu na dobra luksusowe, wytwarzane na niewielką skalę przez nielicznych pracowników, czy nieruchomości, których ilość jest ograniczona geograficznie, a wzrost popytu powoduje natychmiastowy wzrost cen, czyli bodziec inflacyjny. Poza tym spadek dochodów budżetowych powoduje obniżenie wydatków (jest to modna w Polsce „reforma finansów publicznych”), których z reguły nie udaje się utrzymywać na dłuższą metę. Poza krajami „starej Unii Europejskiej” rzadko spotyka się cięcia w wydatkach na wojsko i policję, wobec czego pozostają inne większe pozycje budżetowe, w tym „socjał”, ochrona zdrowia i oświata.

Koniunktura w Polsce
Gospodarka Polski po przezwyciężeniu recesji lat 2000-2002 rozwija się w tempie 4-6% rocznie, niestety w znacznej mierze dzięki rozwojowi rynków finansowych. W krajach lepiej zorganizowanych sam napływ unijnych środków pomocowych spowodowałby przyrost gospodarczy rzędu 10%. Produkcja materialna rośnie wolniej od spożycia wewnętrznego, sektor produkcyjny dopiero w bieżącym roku reaguje na wzrost popytu proporcjonalnymi inwestycjami w moce produkcyjne. Powoduje to wzrost ujemnego salda obrotów handlu zagranicznego i brak materialnego pokrycia dla funduszy pojawiających się na giełdzie.
Zmusiło to rząd do obniżenia składek emerytalnych (fundusze emerytalne prawie 90% przychodzącego do nich kapitału inwestują na warszawskiej giełdzie, której kapitalizacja ma przecież swoje granice). Sytuacja ta ma kilka przyczyn, sprowadzających się do rozwarstwienia społecznego. W Polsce funkcjonują co najmniej dwa rynki, nie spotykające się w wymianie towarowo-pieniężnej. Jeden to świat hipermarketów, dużych sieci handlowych i współpracujących z nimi producentów i handlowców (często spekulantów sprzedających towary zakupione detalicznie w większych sklepach). Jest on otwarty na świat, dużo importuje i eksportuje. Drugi to gospodarka lokalnych powiązań, małych fabryk, sklepów i bazarów, często w „szarej” lub „czarnej strefie gospodarki”. Charakteryzuje się małą kapitalizacją narzędzi pracy, przy międzynarodowym często zasięgu interesów.
Obie te strefy gospodarcze wyraźnie nie nadążają za wzrostem popytu wewnętrznego, stymulowanym prze wejście Polski do Unii. Zakłady produkcyjne wykupione lub zbudowane przez firmy zagraniczne stosują sztywne reguły zarządzania strategicznego. Ich właściciele uważają, że doprowadzili je do zdolności produkcyjnych zapewniających im optymalne zyski i nie chcą zmian wycinkowych. Zmiany istotne dla funkcjonowania firm muszą być zaplanowane biznesowo, co kosztuje często więcej niż inwestycja produkcyjna. Zagraniczni inwestorzy strategiczni traktują swoje polskie fabryki jak elementy większej gry rynkowej i nie interesują ich zmiany miejscowej koniunktury. Rynki Polski i sąsiednich „nowych krajów Unii” są po prostu małe. Strefa mniejszych interesów ma subiektywne kłopoty z inwestycjami. Jej firmom często brakuje fachowców, często używają środków produkcji pochodzących z upadłych firm minionej rzeczywistości. Często nie mogą inwestować legalnie, nie dają sobie rady z kontaktami zagranicznymi. Te przepychanki trwają już trzeci rok (przedtem wzrost gospodarczy oznaczał pełniejsze wykorzystanie krajowych zdolności produkcyjnych). Rezultatem jest nienadążanie krajowej podaży za popytem (stymulowanym przez napływ pieniędzy od rodaków pracujących za granicą) – a więc wzrost importu i zmniejszenie potencjalnego eksportu (dochody w złotówkach są atrakcyjniejsze, niż w Euro). Według GUS wykorzystanie mocy produkcyjnych w polskiej gospodarce przekroczyło w 2006 r. 80%, a bieżącym sięga 84% (w budownictwie ponad 90%). Oznacza to rabunkową eksploatację majątku produkcyjnego.
Według ubiegłorocznego rankingu „Ernst&Young” wśród krajów przyciągających zagraniczne inwestycje Polska powinna być na 4 miejscu (tak oceniono atrakcyjność położenia i zasobów kraju). 20% projektów inwestycyjnych w Unii bierze pod uwagę Niemcy, 18% Polskę, 13% Czechy. Tymczasem w dopływie kapitałów zagranicznych jesteśmy poza pierwszą światową 50-ką, podobnie jak w bezpośrednich inwestycjach produkcyjnych. Przyczyną są głównie kłopoty z biurokracją, niejasne przepisy i dotkliwy brak fachowców, którzy potrafiliby się porozumieć ze swoimi zagranicznymi odpowiednikami. Oficjalnie wymienia się też złą infrastrukturę, ale liczne koncerny inwestują w krajach pozbawionych infrastruktury. Ankieta NBP przeprowadzona w III kwartale 2007 r. pozwala na posegregowanie kłopotów polskich przedsiębiorców w trzy grupy barier rozwoju ich firm. Ponad 10% przedsiębiorców narzeka na brak wykwalifikowanych pracowników, kursy walutowe (zwłaszcza ich wahania) i wzrosty cen surowców i materiałów. Ok. 5% ma kłopoty z kosztami pracy (zwłaszcza z presją płacową), konkurencją, zatorami płatniczymi i częstymi zmianami przepisów, w tym podatkowych. Mniejsza liczba ankietowanych ma kłopoty ze zbyt małym popytem i brakiem płynności finansowej.
Dość drastyczny obraz polskiej przedsiębiorczości przyniosło badanie Banku Światowego opublikowane pod tytułem „Doing Business 2008”. W rankingu gospodarek przyjaznych biznesowi na 178 sklasyfikowanych państw zajęliśmy 74 miejsce, daleko po pozostałych krajach Unii i OECD. Wyprzedziły nas Arabia Saudyjska (teokratyczna monarchia absolutna) i Gruzja, w której trwa od lat wojna domowa a rozjemcami są wojska rosyjskie. Najdrastyczniej wypadły koszt poboru podatków (2,3% przychodów) oraz okresy oczekiwania na rejestrację firmy (31 dni) i zdobycie licencji czy koncesji na działalność (308 dni). I pomyśleć, że jeszcze 17 lat temu byliśmy w ścisłej czołówce krajów liberalnych gospodarczo, a koncesjonowane było tylko kilka rodzajów działalności typu obrót bronią czy materiałami trującymi lub wybuchowymi...
Istotnym hamulcem polskiej gospodarki jest brak siły roboczej. Z jednej strony wysokie bezrobocie strukturalne (zmiana ustroju pozostawiła „na lodzie” miliony pracowników cenionych niegdyś specjalności), z drugiej dotkliwe braki kadrowe łagodzone importem siły roboczej lub zleceniami dla firm zagranicznych, z trzeciej bardzo mała ruchliwość siły roboczej (łatwiej wyemigrować do Irlandii i znaleźć tam mieszkanie, pracę, przedszkole i szkołę dla dzieci oraz pomoc w załatwianiu wszystkich niezbędnych formalności, niż przenieść się zarobkowo do sąsiedniego województwa). Mimo tych problemów, Komisja Europejska podniosła we wrześniu swoje prognozy dotyczące rozwoju polskiej gospodarki z 6,1 do 6,5% w 2007 r. Nie nastraja to jednak do radości, bowiem Polska rozwija się wolniej niż większość „nowych” państw Unii. Według Eurostatu w latach 2000-6 polski PKB per capita wzrósł z ok. 48 do ok. 51% średniej dla EU-25. W ciągu 6 lat wyprzedziły nas Słowacja, Estonia, Litwa, Łotwa i znaleźliśmy się na końcu EU-25. Wśród nowych państw unijnych wolniej od Polski rozwijają się tylko Czechy i Węgry.
Według głównego ekonomisty PKO BP, Łukasza Tarnawy na polskiej koniunkturze, związanej obecnie z wejściem do Unii, skorzystają przede wszystkim budownictwo i przemysł materiałów budowlanych. W średniej perspektywie atrakcyjna będzie działalność związana z turystyką oraz produkcja towarów konsumpcyjnych, obficie korzystająca z wyrobów przemysłu chemicznego. Podobnie, choć w innej kolejności widzi beneficjentów rozwoju Małgorzata Krzysztoszek z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”. Główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, Janusz Jankowiak widzi zagrożenia makroekonomiczne w niedostatecznym rozwoju podażowej strony gospodarki (np. zakaz handlu w niektóre dni świąteczne). Grozi to wzrostem inflacji i spowolnieniem rozwoju. Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha ocenia straty spowodowane emigracją fachowców na 5% PKB i wini za ten stan rząd, który nie likwiduje szkodliwych dla gospodarki regulacji.

Skutki letniego załamania giełdowego
Do lipca gospodarki europejskie wykorzystywały dobrą koniunkturę. W strefie euro produkcja materialna wzrosła w pierwszych 7 miesiącach 2007 r. o 3,7% w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego, w całej Unii o 3,5%. W lipcu spadły zamówienia w niemieckim przemyśle i to aż o 7,1% (największy spadek od 16 lat), ale przy czerwcowym wzroście o 15,9% potraktowano to jako przejaw kanikuły. Zza Atlantyku nadchodziły wprawdzie niepokojące sygnały o kłopotach z kredytami hipotecznymi, ale nie zwracano na nie uwagi wobec bardzo optymistycznych ocen analityków finansowych. Dopiero w sierpniu, kiedy pojawiły się dane o zaksięgowanych w połowie roku jako straty niezapłaconych ratach, wybuchła panika. Została ona szybko uśmierzona, po czym we wrześniu pojawiły się dane o amerykańskim rynku pracy. Zamiast zapowiadanego utworzenia 100 tys. nowych etatów, w sierpniu stracono 4 tys. Oprócz cen akcji (indeks Dow Jones obniżył się o 1,87%), obligacji i dolara, spadła amerykańska stopa procentowa. Ilość nie sprzedanych domów jest najwyższa od 16 lat. Stopa bezrobocia utrzymała się na 4,6%, bo spadła ilość szukających pracy. Rekordowe są ceny złota (ponad USD 700 za uncję), srebra i ropy naftowej (przekroczyły USD 80/baryłka). Spadła cena miedzi, co źle wróży przyszłej produkcji materialnej. OECD obniżyła prognozę wzrostu gospodarki amerykańskiej z 2,1 do 1,9% w roku 2007, dla strefy euro z 2,7 do 2,6%. Prognozy Komisji Europejskiej są ostrożniejsze: spadek z 2,6 do 2,5%. Międzynarodowa Agencja Energetyczna obniżyła prognozę popytu na ropę w roku 2008 z 88,18 do 88,02 mln baryłek dziennie. Aby powstrzymać wzrost cen surowca, kraje OPEC zdecydowały się na zwiększenie dostaw o 0,5 mln baryłek dziennie, po raz pierwszy od roku. Może to uratować kurs dolara, który jest ich walutą rezerwową. Wśród europejskich inwestorów wystąpił spadek poziomu zaufania do koniunktury z 26,6 do 18,1 pkt. Spadła również wiara w kondycję gospodarki amerykańskiej z -15,25 do -32 pkt.
Większość europejskich banków centralnych nie podniosła referencyjnych stóp procentowych, by nie hamować rozwoju gospodarczego. W strefie euro stopa wynosi 4%. Wyjątkami są banki centralne Szwecji i Polski (wzrost stóp o 0,25%, w Polsce trzeci w tym roku, do 4,75%). Stopa procentowa NBP dla lokat banków komercyjnych określona została na 3,25%, co przy stopie redyskonta weksli, wynoszącej 5%, kwalifikuje polski rynek finansowy jako spekulacyjny. Za to w Rosji wg tamtejszego banku centralnego spodziewany jest roczny wzrost w wysokości 7,5% przy inflacji poniżej 8%. Zdumiewająca jest wysokość aktywów banków: ponad 60% PKB. Oznacza to, ze kryzys finansowy kraj ten ma dawno za sobą.

Koniunktura w przemyśle chemicznym
W latach 2003-6 zaufanie managerów unijnych firm chemicznych do koniunktury gospodarczej było wyższe od średniej dla całego przemysłu, w roku 2007 jest w przybliżeniu równe. Oznacza to wyczerpywanie się impulsu, jaki gospodarce EU dało poszerzenie. W sferze chemikaliów przyłączenie 12 krajów o ok. 10-krotnie mniejszej niż w EU-15 konsumpcji chemikaliów per capita odwróciło tendencję rozwojową polegającą na wolniejszym od średniej rozwoju przemysłu chemicznego. Jest to charakterystyka gospodarek bardzo rozwiniętych, w USA pojawiła się przed ponad 10 laty. Obecnie rynki „12-ki” nasyciły się i dalszy postęp możliwy będzie przy wzroście siły nabywczej ludzi i firm. Wyraźnie powyżej średniej plasują się prognozy dla „chemikaliów konsumenckich” (4,2% w roku 2006, 4,5 w 2007 i 3,5 w 2008), co świadczy o nadal silnym wzroście popytu w nowych krajach UE. Nie mamy wprawdzie autostrad, na przekaz bankowy trzeba często czekać równie długo jak na list czy załatwienie sprawy w urzędzie, ale w dezodorantach nadal gonimy kraje zamożne. Powyżej średniej dla przemysłu chemicznego plasują się również prognozy produkcji dla chemikaliów specjalizowanych, będących „tajną bronią” Unii (3,4 (2006 r.), 3,0 (2007 r.) i 2,8% (2008 r.)). W petrochemikaliach, wielkotonażowych związkach nieorganicznych i zwłaszcza polimerach, przyrosty mają być niższe od średniej. Można to częściowo wytłumaczyć wzrostem mocy wytwórczych krajów BRIC, dotychczas dużo z Europy importujących, ale brak inwestycji w nowe moce produkcyjne oznacza, że firmy europejskie nie podejmują walki konkurencyjnej z rywalami spoza kontynentu. Niepokoi zwłaszcza prognoza słabiutkiej koniunktury w podstawowych polimerach wielkotonażowych, bowiem ich rynek rośnie w świecie o ok. 5% rocznie.
Największymi graczami światowymi w tej dziedzinie stają się kraje Zatoki Perskiej, połączone w Radzie Współpracy Zatokowej (Gulf Cooperation Council). Ich inwestycje w moce wytwórcze chemikaliów są niewiele mniejsze od chińskich i skoncentrowane na olefinach, polimerach i nawozach. Zdolności produkcyjne mocznika w krajach Zatoki przekroczą w bieżącym roku 10 mln ton rocznie. Przed rokiem Rada wynegocjowała z Komisją Europejska umowę o całkowitym zniesieniu ceł na chemikalia, co oznacza poszerzenie Wspólnego Rynku w tej dziedzinie gospodarki i przedłuży o wiele lat europejski prymat w przemyśle chemicznym. Sprawa jest w zawieszeniu, prawdopodobnie ze względu na stosowanie w krajach zatokowych praktyk dumpingowych. Rafinerie kupują w nich ropę i gaz ziemny po cenach produkcji, znacznie niższych od rynkowych. Jeśli uda się przezwyciężyć tę trudność, to zakłady położone w pobliżu złóż ropy i gazu i tak będą miały przewagi konkurencyjne nad europejskimi. Są przy tym znacznie młodsze, budowane „pod klucz” przez najlepsze firmy światowe, stanowią więc poważne wyzwanie dla wszystkich dotychczasowych graczy sektora. Dotychczas kapitały zatokowe pojawiały się w unijnym przemyśle chemicznym sporadycznie, zarówno poprzez inwestycje w „greenfield”, jak i wykupywanie miejscowych firm (przed rokiem SABIC wykupił kompleks petrochemiczny DSM w Geelen, ponieważ DSM koncentruje się na farbach i „life sciences”, inwestorzy z Kataru kontrolują większość austriackiego przemysłu chemicznego i mają duże udziały w duńskim). Dla właścicieli pól naftowych są to próby wydłużenia łańcucha wartości dodanej towarzyszącej przerobowi ropy, jaki posiadają bądź kontrolują. Podobne cele stawiają przed sobą Rosjanie, Kazachowie i kilka innych nacji „naftowych”, ale realizacja idzie im znacznie gorzej.
Poważnym zagrożeniem dla globalnego przemysłu i rynku chemicznego są próby wprowadzania w wielu krajach praktyk protekcjonistycznych, niezgodnych z przyjętymi traktatami o wolnym handlu. Mają one wprowadzić ochronę rodzimych firm przed wykupieniem przez zagraniczne, co odpowiada np. ideologii obecnego rządu Polski. Rozpoczęto to w ubiegłym roku: Kongres USA rozpatrywał ustawę, która miała zapobiec wydzierżawieniu amerykańskich portów przez firmę Dubai World Port. Udało się to zahamować dzięki akcji Transatlantic Business Dialogue. Stosowną petycję podpisali m. in. prezesi BASF i Dow Chemicals. Kongres zrozumiał, że zaszkodziłoby to transferowi technologii do USA. Podobne kroki protekcjonistyczne zapowiedziała Komisja Europejska dla wyhamowania opanowywania europejskiego rynku energii przez firmy rosyjskie. W rewanżu prezydent Rosji zapowiedział ograniczenie dostępu firm zagranicznych do przedsiębiorstw jego kraju. Ciekawe, że zbliży to Rosję do sytuacji chińskiej, której nikt nie oprotestowuje. Poważniejsze ograniczenia byłyby dla Rosji katastrofą, ograniczyłyby bowiem modernizację tego kraju. Sytuacji tej nie należy mylić z praktyczną nacjonalizacją większości złóż ropy i gazu. Ostatnio zrobiły to Wenezuela i Boliwia. W świecie dominuje model arabski: państwa (czy też rodziny panujące) są właścicielami zasobów, a wydobywają je firmy, które wygrały przetargi.
W wrześniu 2007 r. administracja USA przedstawiła projekt zaostrzenia kontroli nad jakością i bezpieczeństwem dóbr importowanych do USA. Obejmie on kontrole w całym łańcuchu powstawania tych dóbr. Dotychczas wystarczały regulacje Światowej Organizacji Handlu. Latem prasa amerykańska nagłośniła szereg przypadków importowania do USA żywności i produktów codziennego użytku zawierających szkodliwe dodatki, a pochodzących ponoć z Chin. Objęcie amerykańskimi kontrolami gospodarek krajów ościennych może nie zostać przyjęte przez ich rządy, a na pewno utrudni eksport do USA. Ponieważ jednocześnie władze USA starają się obniżyć kurs dolara, zakrawa to na próby eksportowania amerykańskich kłopotów gospodarczych do krajów ościennych
Ciekawie przestawia się opracowana przez Komisję Europejską ankieta „klimatu biznesowego” w 10 głównych branżach przemysłu. W maju 2007 r. Największe przyrosty produkcji odnotowały przemysły maszyn elektrycznych i maszynowy (ponad 20 pkt przewagi wzrostów nad spadkami). Przemysł maszynowy oczekiwał wzrostu produkcji aż o 27 pkt w nadchodzących miesiącach, spożywczy i maszyn elektrycznych tylko 20 pkt. Przemysły chemiczny i gumowo-tworzywowy odnotowały przyrosty rzędu 17-8 pkt i takich spodziewają się w przyszłości. W dobrej sytuacji znajdują się też przemysły metalurgiczny i papierniczy. Przemysły odzieżowy i poligraficzny odnotowały spadki produkcji, ale mają nadzieję na poprawę. Przemysł tekstylny znajduje się w zdecydowanej recesji. Podobnie jak odzieżowy i obuwniczy, przegrywa on walkę konkurencyjną z firmami Chin i innych krajów rozwijających się. O ile jednak europejskie firmy odzieżowe i obuwnicze zarabiają krocie na sprzedaży wzorów, stosowanych w całym świecie, o tyle moda na tekstylia nie zmienia się tak drastycznie, by firmy krajów rozwijających się nie mogły za nią same nadążyć. Nie dotyczy to produkcji włókien chemicznych, zaliczonych do polimerów, ani środków wykańczających tkaniny, zaliczonych do chemikaliów. Słaba pozycja konkurencyjna przemysłu europejskiego w tych dziedzinach wynika z umów podpisanych przez byłe mocarstwa kolonialne, a obecnie członków Unii, dotyczących preferencji handlowych dla byłych kolonii. Po utworzeniu Unii Europejskiej zobowiązania te przyjęły wszystkie kraje członkowskie, traktując to jako pomoc dla krajów rozwijających się. W tej ostatniej dziedzinie Unia przoduje w świecie.
W związku z wyżej wspomnianymi wątpliwościami co do przyszłych możliwości konkurencyjnych i pozycji europejskiego przemysłu chemicznego, Komisja Europejska powołała 14 czerwca 2007 Grupę Wysokiego Szczebla (High Level Group) dla zbadania kompetytywności (zdolności do konkurowania) przemysłu chemicznego Unii. Wśród 31 członków Komisji jest sześciu komisarzy Unii, w tym przewodniczący Günter Verheugen, zastępca przewodniczącego Komisji Europejskiej. Mianowano już ośmiu przedstawicieli krajów, w tym min. Piotra Woźniaka, ośmiu przedstawicieli przemysłu, w tym prezesów BASF, Arkemy i Mapei, wiceprezesów Totala i Shell Chemicals oraz pięciu przedstawicieli środowisk pozarządowych, w tym przewodniczącego Europejskiej Sieci Regionów Chemicznych (ECRN). Nie mianowano jeszcze członków Parlamentu Europejskiego. Każdy z członków komisji powołuje jednego „szerpę”. Komisja „szerpów” przygotowywać ma prace właściwej komisji. Wynikiem prac Komisji mają być zalecenia dla sektora chemicznego, spodziewane do wiosny 2009 r. Dotyczyć one mają trzech grup zagadnień: przyciągania inwestycji chemicznych do Europy (i utrzymania obecnego zatrudnienia w sektorze), polepszenia społecznego postrzegania sektora i współpracy z sektorem energetycznym związanej ze zmianą klimatu (technologie energooszczędne i biopaliwa). Komisja nie będzie się zajmowała zagadnieniami związanymi z REACH, choć wprowadzenie tego kosztownego systemu musiało być jednym z powodów jej powołania. Warto przypomnieć, że chociaż przemysł chemiczny daje tylko 5% unijnego PKB, to jego nadwyżka eksportowa jest większa od nadwyżki całej gospodarki unijnej.

Badania i rozwój
Opublikowany w roku 2006 raport UNESCO przedstawia zmiany w nakładach na badania i rozwój jakie dokonały się w latach 2000-2003 (lub 2004). Od roku 1990 światowe nakłady na te cele wynoszą 1,8% PKB, ale sumy zwiększyły się z USD 410 mld do 850 mld. Przoduje Ameryka Północna, która wydała na badania aż 311 mld, Azja z 260 mld umacnia się na drugim m miejscu przed Europą (240 mld). Powyżej 3% PKB wydają na badania Izrael, Szwecja, Finlandia i Japonia. Korea, USA, Szwajcaria i Niemcy wydają ponad 2,5% PKB (na głowę mieszkańca kraje te wydają na badania ponad USD 700), Polska 0,6%. Celem „Lizbońskim” Unii jest przekroczenie 3% do roku 2010, na razie nie udaje się przekroczyć 2%. Milionowe armie badaczy pracują w Chinach i Rosji, niewiele mniej liczna w Japonii. Prawie półmilionowa rzesza badaczy niemieckich kurczy się, ponad 300-tysięczna we Francji rośnie. Polska zatrudnia 78 tys. pracowników naukowych i badawczych, porównywalna z nami Hiszpania 151 tys.

Ciekawe dane przekrojowe przez światowe badania zawiera raport brytyjskiego Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Dotyczy on analizy parametrów ekonomicznych firm, które wyróżniły się w roku 2006 najwyższymi wydatkami na badania i rozwój. Przeanalizowano 800 firm brytyjskich i 1250 z całego świata. 82% tych firm ma siedziby w pięciu krajach: USA, Japonii, Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. 70% wydatków firm z listy przypada na pięć sektorów gospodarczych: maszyny i urządzenia, farmaceutyki, samochodowy (w tych sektorach wydatki na badania to 17-9% wartości sprzedaży), elektroniczny i oprogramowanie. 61% wydatków R&D wszystkich 1250 firm przypada na pierwsze 100. W pierwszej 20-ce firm z analogicznego rankingu roku 1992 były dwie firmy chemiczne i zero farmaceutycznych, obecnie zero chemicznych i sześć farmaceutycznych. Pierwszą firmą chemiczną w Rankingu (46 miejsce, wydał GBP 1,3 mld) jest Bayer, posiadacz wielkiego oddziału farmaceutycznego. Wymienione w rankingu firmy farmaceutyczne maja średnią rentowność brutto ok. 20%, chemiczne ok. 9%. Podobnie przedstawia się wskaźnik intensywności inwestycyjnej (badania i rozwój + wydatki kapitałowe jako ułamek sprzedaży). Lokuje to przemysł chemiczny wśród mało perspektywicznych. W rankingu są łącznie 93 firmy chemiczne (wydatki na badania średnio 3,2% wartości sprzedaży), 152 farmaceutyczne (14,9%) i 14 firm produkujących „personal goods”, głównie chemię gospodarczą, kosmetyki i środki higieny (2,2%). Na każde GBP 10 mln wydane na badania i rozwój w grupie firm chemicznych przypada 3,31 patentów USA, w grupie firm farmaceutycznych 0,81. Jest to miara wielkości programów badawczych realizowanych w tych sektorach gospodarki.

Podsumowanie
Przemysł chemiczny przestaje należeć do faworyzowanych działów gospodarki, jego rozwój stoi pod znakiem zapytania. Na dłuższą metę odbije się to negatywnie na całej gospodarce, bowiem produkty chemiczne są materiałami stosowanymi we wszystkich innych dziedzinach ludzkiej działalności. Obecna dobra koniunktura jest okazją do umocnienia zdolności konkurencyjnych firm chemicznych. W tej dziedzinie ważką uwagę zgłosiła podczas spotkania w Krajowej Izbie Gospodarczej prof. Danuta Huebner, unijna komisarz ds. Polityki Regionalnej. Zachęcała ona do nawiązywania przez polskie firmy współpracy z zagranicznymi, analizy gospodarcze wykazują bowiem, ze jest to istotny czynnik poprawy konkurencyjności firm. Współpraca zagraniczna sprawia polskim firmom spore kłopoty, głownie ze względów na słabą znajomość języków, różnice kulturowe i drakońskie, a przy tym stale zaostrzane przepisy o tajności, ochronie tajemnic handlowych itp. Obecny na spotkaniu dyr. Jerzy Majchrzak z Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego zachęcał jednak firmy chemiczne do wykorzystania tej szansy, bowiem potencjalne korzyści są znacznie większe od ryzyka. Polskie firmy chemiczne nie są wstanie same prowadzić rozległych badań, a możliwości korzystania z unijnych funduszy na te cele mają tylko konsorcja międzynarodowe. Poza tym poznawanie tajemnic jest dwustronne a polski przemysł chemiczny nie lokuje się w czołówce technologicznej.
drukuj ten artykuł drukuj ten artykuł  |   poleć artykuł znajomemu poleć artykuł znajomemu
Najświeższe informacje w kanale RSS Najświeższe informacje w kanale RSS (jak używać)